Tylko tymi słowami można podsumować walkę Legii o Ligę Mistrzów. Katastrofa z pierwszych minut okazała się tak poważna, że nie udało się tego odrobić, mimo bramki w końcówce. Tym samym marzenia o pierwszym od czasów Chrystusa awansie do Ligi Mistrzów trzeba odłożyć minimum o kolejny rok. No ale od początku:
Wszyscy wiedzieli, że od początku Steaua ruszy na Legię. W związku z tym postanowiono nie robić absolutnie nic - no, nie licząc serii błędów, po których Legioniści mogli już zbierać zabawki. Już w szóstej minucie piłkarze Legii zlekceważyli długą piłkę w stronę ich pola karnego - kilka podań i już była sytuacja strzelecka. Może i byłby to strzał do obrony, gdyby nie obrońcy Legii, którzy postanowili murować bramkę przed nosem Kuciaka, który dzięki temu sprytnemu manewrowi nie miał szans dostrzec piłki dostatecznie szybko, aby wykonać interwencję.
Na kolejną bramkę nie trzeba było zbyt długo czekać - już w dziewiątej minucie idiotyczną stratę zanotował Vrdoljak. Prostopadłe podanie, Dossa Junior hop na dupsko i 0:2. Moim zdaniem Kuciak mógł się tu nieco lepiej zachować, ale to przez błędy bloku defensywnego padła kolejna bramka. Vrdoljak gdzieś wspominał, że będzie 3:0 - i na tamtą chwilę zapowiadało się 3:0, ale dla gości.
Legioniści od razu rzucili się do ataku, jednak z początku wychodziło to dość niemrawo. Jeżeli ktoś ma jakieś wątpliwości, czy przy bramce Kucharczyka był spalony, odpowiadam - był. Wystarczy spojrzeć na to zdjęcie. Spalony był, i trzeba być ekspertem TVP żeby tego nie zauważyć. Przy drugiej bramce jednak Radović nie zostawił żadnych wątpliwości i bardzo ładnie wbiegł do dośrodkowania Wawrzyniaka, dając Legii nadzieję na pomyślny rezultat. Steaua wyraźnie się cofnęła i pozwoliła rozgrywać Legii piłkę, jednak kończyło się to ciągłym przeklepywaniem z jednego skrzydła na drugie z wykorzystaniem linii obrony. Gdy Rumuni dopadli do piłki, momentalnie doskakiwali do nich Legioniści - tu należy się plus za pressing i podwajanie rywali, co kilkukrotnie doprowadziło do odbioru na połowie rywala. Jednak gdy gościom udało się przedrzeć na połowę Legii, przed polem karnym było zbyt wiele miejsca na rozgrywanie piłki - defensywnym pomocnikom nieszczególnie chciało się wracać. W pamięć zapadło mi również świetne prostopadłe podanie Rumunów, kiedy wyszli do sytuacji dwóch na jednego, biednego Dusana Kuciaka. Wykończenie tej sytuacji było żałosne, a przecież gdyby wykorzystali tą setkę, byłoby praktycznie po meczu. Do przerwy 1:2, a Liga Mistrzów widziała już większe comebacki.
Od początku drugiej połowy widziałem to, co powinno być realizowane od dziesiątej minuty. Odważny, wysoki pressing i niedopuszczanie rywala na swoją połowę - Legioniści po prostu siedli na Rumunach, i zepchnęli ich do swojego pola karnego, przez pierwsze 15 minut pozwalając zaledwie raz na wypad pod pole karne Legii. Ale co z tego, skoro nic z tego nie wynikło, bo strzałów nie oddawano, a wynik wciąż był daleki od korzystnego. Od 70 minuty Steaua zaczęła przeprowadzać coraz więcej akcji, i sporo z nich kończyła strzałem. Widać to po statystykach - mimo posiadania 59:41 na korzyść Legii, oddali oni tylko 7 strzałów, z czego tylko 4 były celne. Dla porównania, Steaua oddała 18 strzałów, i 10 celnych.
W drugiej połowie podejmowano za mało ryzyka - nie było strzałów z dystansu (w całym meczu chyba był tylko jeden, Furmana - zresztą bardzo dobry), nie było prostopadłych podań w stronę któregokolwiek z zawodników Legii. W końcówce Steaua postanowiła grać na czas pod polem karnym Legii, a oni nie potrafili sobie z tym poradzić. Gdy po faulu na Koseckim w końcu wybito stamtąd piłkę, padła bramka kontaktowa - jednak była to już 94 minuta, i potrzebowali lepszej końcówki niż Borussia Dortmund w ćwierćfinale z Malagą, czy Manchester City w ostatniej kolejce Premier League w sezonie 2011/12. Na strzelenie bramki mieli 30 sekund, i oczywiście się to nie udało.
Na pocieszenie Liga Europy, jednak kiedy znowu będzie tak blisko? Bądźmy szczerzy - byli bliżej awansu niż Wisła dwa lata temu z APOELem, chyba było najbliżej od... awansu Widzewa. Niedługo może się zdarzyć tak, że o tak upragnioną Ligę Mistrzów będą walczyć piłkarze, których nawet nie było na świecie w momencie, gdy Widzew ogrywał Steauę w fazie grupowej. Legia mimo wszystko może się cieszyć, bo Liga Europy to też są porządne pieniążki - jednak to nie jest to, o czym marzyli kibice.
Jutro dzień przerwy od polskiej piłki, a już w czwartek na (najprawdopodobniej) ostatni pucharowy mecz wyjdzie Śląsk Wrocław. Osłabiony i obity, ale walczący o godne pożegnanie z Ligą Europy. Czy wygrają? Wątpię - raczej będzie to pożegnanie w stylu rewanżu z Brugią, aczkolwiek jako fan polskiego futbolu będę trzymać kciuki. A nuż się uda?
No i dopisek post factum, po opublikowaniu większej ilości statystyk przez UEFA. Dusan Kuciak okazał się być najlepszym bramkarzem eliminacji, broniąc 28 celnych strzałów. Drużyna, która dopuszcza do 39 celnych strzałów, samemu oddając zaledwie 25, nie może marzyć o grze w Lidze Mistrzów. Przez całe eliminacje oddali zaledwie trzy celne strzały więcej, niż Steaua w dwumeczu z Legią. A przecież po drodze było New Saints i Molde, którzy - bądźmy szczerzy - nie są Bayernem. I jeżeli w starciach z nimi jest problem z oddawaniem strzałów, to jak mają trafiać w meczu z lepszym rywalem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz