Widzew jakimś cudem zdołał zremisować wygrany mecz. Jak oni to zrobili? Nie wiem czy sami są w stanie to wytłumaczyć. Dali się zdominować przez drużynę grającą w dziesiątkę, nie wykorzystali kilku świetnych okazji, i we frajerski sposób stracili bramkę w końcówce.
Widzew mocno wystartował do faworyzowanej (także przeze mnie) Jagielloni - pierwsze dziesięć minut należało do gospodarzy, jednak nie potrafili umieścić piłki w bramce. Po tym krótkim epizodzie do głosu doszła Jaga, która wyraźnie przejęła inicjatywę. Rozegrali kilka fajnych prostopadłych piłek, jednak nie potrafili nic wykorzystać. Ba, były nawet dwie okazje, w których powinny paść bramki, jednak ryzykowne interwencje ratowały Widzewiaków. Taki stan trwał do trzydziestej minuty, kiedy to gra zaczęła przypominać szachy - nudy i tyle. Jadze udało się tymczasowo unieszkodliwić Visnakovsa, a sami nic więcej nie robili - zatem do przerwy utrzymał się stan 0:0.
Widzew znowu mocniej zaczął - już w 47 minucie skuteczną kontrę wykończył starszy z braci Visnakows, i gospodarze objęli prowadzenie. Widzew przestawił się na kontry, i kilka późniejszych też było naprawdę groźnych. Jaga zmuszona była do gonienia, i w związku z tym próbowali wykonać kilka niekonwencjonalnych rozwiązań. Najdebilniejsze zagranie nastąpiło w 58 minucie, kiedy bezpośrednio z rzutu rożnego wybili piłkę na aut. Moje gratulacje.
Jednak zamiast gonić, Jagiellonia przygasła. Widzew tworzył coraz więcej akcji, a unieszkodliwiony Visnakovs wyraźnie się obudził - bez problemu wyprzedził obrońcę Jagi, który od razu go sfaulował. "Co za baran" - pomyślałem, i po chwili się okazało, że się nie myliłem. Zasłużoną czerwoną kartkę otrzymał Martin Baran, i w wyniku tej decyzji Jaga była w dupie - przegrywali, i jeszcze stracili jednego zawodnika. Otworzyli się i ruszyli do ataku, narażając się na większą ilość niebezpiecznych kontr. Mogło być spokojnie dwa lub trzy do zera, jednak celność Widzewiaków była fatalna. Była też sytuacja po prostopadłym zagraniu, jednak według sędziów Bruno znalazł się na spalonym - choć według mnie spalonego nie było.
Widzew dał się zepchnąć do głębokiej defensywy - wygrywali 1:0 i grali przeciw dziesiątce, więc wydawało im się, że nic złego nie powinno się stać. Z błędu wyprowadził ich Piątkowski, który w doliczonym czasie główkował do bramki gospodarzy. Co ciekawe, Mielcarz nawet nie zareagował na strzał głową piłkarza Jagi.
Frajerzy kolejki? Co najmniej. Ten remis jest dla nich jak porażka, i potwierdza moją teorię - że Widzew swój limit szczęścia na ten sezon wykorzystał w meczach z Zawiszą i Koroną. Jagiellonia również się nie popisała, jednak uratowała należny im punkt.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz